musicSerwis.com.pl

  • Home
  • Redakcja
  • Made in Poland
  • Mobile
  • Aktualności
  • Wywiady
  • Artykuły
  • Recenzje
  • Galeria
  • Konkursy!
szukaj

Płyta miesiąca

Recenzje


  • Grzegorz Skawiński - Me & My Guitar

  • Van Halen - A Different Kind of Truth

  • Bruce Springsteen - Wrecking Ball

  • Charlie Winston - Running Still

  • Tony Bennett - "Duets II - the Great Performances"
49574878486948684867

Wywiady

  • Wywiad z Krzysztofem Kieliszkiewiczem
  • Wywiad z Łukaszem Zagrobelcznym
  • Wywiad z Wojciechem Hoffmannem
  • Wywiad z zespołem Leash Eye
  • Wywiad z zespołem After...

Galerie

49394930479047444647
  • Start
  • Wywiady
  • Rozmowa z Jarkiem Śmietaną

Rozmowa z Jarkiem Śmietaną

Opublikowano dnia: 27.06.2011

MusicSerwis - „I Love The Blues” to następna pana płyta nagrana w „hołdzie dla…”. Wcześniej był Jimi Hendrix, Zbigniew Seifert, Ornette Coleman. Skąd te zwroty ku przeszłości, zrobił się pan sentymentalny?

 

Jarek Śmietana – To moja kolejna, bodaj 46 płyta autorska. Zazwyczaj grałem swoją własną muzykę, oryginalną. Myślałem jednak już od dłuższego czasu, że trzeba zaznaczyć moje pochodzenie, to skąd się wywodzę w sensie bezpośrednim. Ci ludzie, których pan wymienił mieli ogromny wpływ na moją muzykę. Zbyszek Seifert to był mój pierwszy band leader i muzyk wielkiego formatu, z którym współpracowałem. Miał wpływ na całą moją muzyczną edukację. Wydawało mi się, że należy mu się oddanie respektu..

Jeśli chodzi o Hendrixa, to to jest moja miłość z lat dziecięcych i w zasadzie przed profesjonalnych. Jako student Wyższej Szkoły Muzycznej interesowałem się już jazzem i w czasie całej mojej trwającej już ponad 35 lat kariery, byłem postrzegany jako muzyk jazzowy. Zaczynałem jednak od bluesa i od Hendrixa. Tak jak każdy chłopak, który żył w tym czasie, byłem pod jego wielkim wrażeniem. Jako 18-19 latek miałem zespół, w którym grałem repertuar z pierwszej i drugiej jego płyty. Zaraz po tym jednak usłyszałem Charlie Parkera i już się zabrałem za jazz. Długo nie wracałem do pierwszych fascynacji. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że taka sentymentalna podróż będzie fajna, zwłaszcza, że będzie to nagranie już z pozycji muzyka okrzepłego, doświadczonego.

Z kolei Coleman to awangardowy muzyk jazzowy, który zawsze imponował mi swoją siłą, determinacją. Poza tym to wciąż niepokorny artysta. Byłem rok temu na jego koncercie w Londynie, miał 85 lat i grał 3 godziny. Ludzie na stojąco mu przez godzinę owację bili, taką potrafił energię wyzwolić! To niesamowita postać, bardzo go cenię. Funkcjonował na pograniczu głównego nurtu jazzu i często przez samych muzyków jazzowych był opluwany, nie mówiąc już o krytykach. Czas pokazał jednak, że jego muzyka przetrwała. Jest witalna, silna, pełna energii, niesie pozytywną wibrację. Czułem się dłużnikiem Ornette Colemana i stąd tamta płyta.

Przechodząc do bluesa i nowego albumu. Firmujemy ją ja i Wojtek Karolak. Jesteśmy przyjaciółmi i kooperantami muzycznymi już od wielu lat. Mamy podobne podejście do muzyki. Uważamy, że cała współczesna muzyka, począwszy od jazzu, a skończywszy nawet na muzyce pop, pochodzi bezpośrednio od bluesa. Jesteśmy absolutnie przekonani, że dobra muzyka jeśli chce się nazywać jazzem, to musi mieć elementy bluesa. Wtedy jest autentyczna, prawdziwa i szczera. Stąd też ta nasza deklaracja – I love the blues!

Patrząc na te wszystkie płyty, można by dojść do wniosku, że nie interesują pana rzeczy nowe, że wystarcza panu powielanie tego co było. Pan niejednokrotnie wymieniał wśród swoich największych inspiracji Milesa Davisa, który jak wiadomo nie wystrzegał się niczego bardziej niż oglądania się za siebie.

Ja jestem muzykiem, który cały czas robi rzeczy nowe. Nie patrzę przesadnie w przeszłość. Wszystko co zrobiłem na tej płycie to są nowoczesne aranżacje. Weźmy na przykład klasyczne St. Louis Blues czy Basin Street Blues. Są one tak zaaranżowane, że brzmią jak utwory współczesne. Ja tylko czerpię inspirację ze źródła. Odżegnuję się od archaizmów, chcę żeby ta muzyka żyła. Oczywiście w nowej formie. Ta płyta, to rodzaj manifestu, że jazz nie powinien oddalać się od bluesa, co jest ewidentnym zjawiskiem w dzisiejszej muzyce. Jazz we współczesnym wydaniu bardzo często przybiera przeintelektualizowaną formę, która jest kierowana niewiadomo do kogo – bo na pewno nie do wielbicieli muzyki poważnej, ale też nie do wielbicieli jazzu, bo jest zbyt niekomunikatywna. Jazz powinien mieć związki z bluesem. Nie zapominajmy skąd się wziął i że te elementy bluesa dają witalność. Niech będzie na wskroś nowoczesny. Ale to nowe musi powstać na bazie określonego korzenia. Nie może to być jakaś oderwana efemeryda. Weźmy kilku wielkich współczesnych muzyków jak Herbie Hancock, Keith Jarret, John Scofield czy Wayne Shorter , zawsze gdzieś w ich muzyce słychać, że wywodzą się z bluesa. Choć nie ma wątpliwości, że to co grają to jest jazz.

Skąd taki dobór utworów na płycie? Wiadomo, że można w przypadku bluesa wybierać pośród setek.

Wybraliśmy te, które nam się z Wojtkiem Karolakiem wydawały najbardziej charakterystyczne oraz te, które najbardziej lubimy. Oczywiście nie dało się nagrać wszystkiego. Żeby zrobić solidną antologię bluesa trzeba by wydać album dwudziesto płytowy. Przede wszystkim zależało mi na różnorodności. Są więc bluesy archaiczne w stylu John Lee Hookera, są bluesy swingowe, bluesy funkowe i jest nawet rock’n’roll. Chodziło o pokazanie gamy możliwości. O to jak można blues rozszerzać i rozbudowywać. Na przykład nagraliśmy standard bluesowy Buddy Holliego „Not Fade Away” w innej konwencji. W tym utworze brzmimy trochę jak Led Zeppelin. Z kolei za chwilę gramy utwór na swingowo, gdzie brzmimy jak Jimmy Smith w duecie z Wes Montgomerym.

To są po prostu kolory bluesa, nawet się zastanawiałem czy tak nie nazwać całego albumu. Jest 14 utworów i każdy ma inny kolor. Chodziło o pokazanie pełnej palety barw tego wspaniałego gatunku, i że ten blues nie musi być takim gatunkiem prymitywnym. Może przecież mieć charakter bardziej jazzowy, bardziej rockowy, bardziej soulowy. Jako tytuł wybraliśmy jednak „I Love The Blues” a nie kolory bluesa, bo to mocniejsza deklaracja.

Czy nad bluesem wisi jakieś fatum? Przeglądając nazwiska pierwotnych wykonawców utworów na albumie, można zauważyć, że albo popełniali samobójstwa, albo ginęli w młodym wieku w katastrofach lotniczych, albo umierali w więzieniu, gdzie trafiali za udział bójkach.

Myślę, że to akurat przypadek i dorabianie teorii. Tak samo można by powiedzieć o Chopinie czy Mozarcie. Prawda jest taka, że blues może być zarówno wesoły, jak i smutny. Wiadomo z zasad muzyki, że skala durowa oparta na tercjach wielkich brzmi wesoło, a skala molowa oparta na tercji małej brzmi smutno. Blues łączy obie te skale, więc to od wykonawcy zależy jak utwór brzmi. To jest wielka siła skali bluesowej.

Na ogół bluesy mówią o nieszczęściu, chociaż nie wszystkie, istnieją takie, które mówią o miłości i powodzeniu. Czasami są rozbudowane w kodzie, zaczynają się smutno, kończą się wesoło. Blues to fascynująca zdobycz XX wieku. Tym bardziej ciekawa, że stworzenie takiej formy mogło się zdarzyć jedynie w wyniku zderzenia kultury afrykańskiej z europejską, a zdarzyło się to w Ameryce ponad 100 lat temu. Tylko tam było to możliwe, potrzebny był ten tygiel amerykański. Szybko jednak blues rozprzestrzeniał się po świecie. Nagle się okazało, że grają go we Francji czy w Norwegii, że mamy polskiego nadwiślańskiego bluesa, śląskiego bluesa. Blues stał się muzyką uniwersalną całego świata.

Zaprosił pan na płytę kilku gości. Czy mógłby pan ich przedstawić?

Zacznę od podstawowego składu. To jest – Adam Czerwiński na bębnach, na basie Paweł Mąciwoda, Wojciech Karolak na organach Hammonda i ja. Oprócz tego zatrudniliśmy w wielu utworach sekcję dętą – Michała Borowskiego, znakomitego tenorzystę Macieja Sikałę, który gra też na alcie i bas klarnecie(np. w czołowym utworze „His Majesty Blues” czy w ostatnim „Goodbye Pork Pie Hat”), trębacza Tomasza Kudyka. Poza tym wymienna jest sekcja rytmiczna. Chodziło to żeby oddać jak najszerszą paletę kolorów, nie tylko poprzez charakter utworów, ale także dobór muzyków. Oprócz Pawła Mąciwody na basie grają Robert Kubiszyn Antoni Dębski i Krzysztof Ścierański. Na perkusji jest jeszcze Atma Anur, który gra „Not Fade Away”, najbardziej rockowy kawałek, ale i perkusista atomowy, grał wcześniej z Peterem Gabrielem.

Gościnnie występuje trzech wokalistów. Z trzech różnych światów. Najwięcej utworów śpiewa Bill Neal. Znamy się stosunkowo od niedawna. W zeszłym roku podczas przygotowywania płyty przypadek zrządził, że byłem na spacerze z psem w Myślenicach. Nagle usłyszałem, że ktoś śpiewa i gra na gitarze. Na początku myślałem, że to z radia, bo poziom tego był niebywale wysoki. Zauważyłem jednak mężczyznę z gitarą podpiętą do piecyka, który śpiewa rewelacyjne songi. Wcześniej byłem po rozmowie z Ericem Burdonem, chciałem żeby zaśpiewał na mojej płycie, nawet się zgodził, ale podał terminy dopiero na tegoroczne lato, a ja chciałem wydać płytę w maju. Gdy usłyszałem jak gra ten nieznajomy to pomyślałem sobie, że z Burdonem zrobię następną produkcję…

Posiedziałem godzinę, poczekałem aż skończy. Okazało się że on pochodzi z Australii, że jest muzykiem, ma swój zespół, dość znany w Australii. Od razu go zaprosiłem do studia, żeby zrobił demo. Pokazałem nagranie ludziom z branży i wszyscy mówili, że to fenomen. Nagrał wokal do 3 utworów na „I love the Blues” („I Love You More Than You’ll Ever Know, „Not Fade Away”, „I Need Your Love So Bad”).

Drugą wokalistką jest magiczna i charyzmatyczna Z-Star. Urodzona w Trynidadzie, mieszkająca później w Londynie. Poznałem ją na moich wspólnych koncertach z Nigelem Kennedym. Jak zobaczyłem co ona wyprawia z głosem i z publicznością, to oniemiałem. Głos zupełnie nie z tego świata, a wygląda zupełnie jak Jimi Hendrix, tyle że ładniejsza. Zresztą jest wielką fanką Hendrixa, co stanowi nasz wspólny mianownik. Pomyślałem, że mogłaby dwa bluesy zaśpiewać na mojej płycie. Akurat oba są mojej własnej kompozycji. „His Majesty Blues”, które jest taką wielką księgą muzyków bluesowych, ona ich tam wszystkich wymienia. To klasyczny blues mający coś z John Lee Hookera, Milesa Davisa i klimatu voodoo. Drugi jest soul bluesem – Camden Town, gdzie ‘Z’ pokazuje swój nieprawdopodobny głos i feeling.

Jest jeszcze jedna wokalistka, też czarnoskóra. Karen Edwards. Pochodzi z Atlanty, współpracujemy już od 15 lat. Nagraliśmy dwie płyty, często występujemy w Polsce. Ona jest z tych wokalistów najbardziej jazzowa, taka z konwencji klasycznego jazzu. Śpiewa standardowy utwór „ You Don’t Know What Love Is”, nagrany w duecie – tylko wokal i gitara.

Podobno nagrywa pan płyty zawsze na tzw. „setkę”. Czy tym razem było tak samo?

Oczywiście. Przede wszystkim staram się, żeby na taśmie była prawda. Nawet jeśli zdarzy się drobne omsknięcie, to wolę je dla feelingu zostawić niż wyczyścić laboratoryjnie. Nie chcę, żeby brzmienie przypominało niektóre nagrania współczesne, które są bezduszne i nieciekawe. Oprócz tego, że nie edytujemy, że gramy na „setkę”, to jeszcze gramy na prawdziwych instrumentach. Nie używamy żadnych syntezatorów. Żadnego komputera do uzyskiwania dodatkowych brzmień. Jeśli potrzebuję saksofon, trąbkę, puzon, to biorę prawdziwą saksofon, trąbkę, puzon. Z nagrań, które słyszymy w radiu, większość jest zrobiona na syntezatorach, komputerach. Nie używa się prawdziwych instrumentów, co niby brzmi tak samo, ale dla mnie to nie jest to prawdziwe soczyste brzmienie analogowych instrumentów.

Przy okazji wydania książki Krystiana Brodackiego o historii jazzu zetknąłem się z opinią, że nie ma czegoś takiego jak polski jazz, że można co najwyżej mówić o jazzie w Polsce.

Jestem muzykiem i mnie nomenklatura, szufladkowanie nie specjalnie interesuje. Zostawiam to krytykom, oni uwielbiają zestawiać, coś do czegoś porównać, nazywać. Trzeba grać przekonująco muzykę, która wypływa z serca. A trzeba pamiętać, że ta muzyka jest dzisiaj w odwrocie. Media lansują papkę. Produkujemy na prędce, tanio, jak najwięcej. Modne są gwiazdki jednego sezonu, a czasem nawet nie gwiazdki, tylko celebryci, którzy specjalnie nic sobą nie prezentują, ale są wylansowani jako gwiazda chwili. Szybko taka gwiazda znika i nic po sobie nie pozostawia.

Staram się być w opozycji do tego. Wydawać muzykę, nagraną przez ludzi, którzy się poświęcili swojej pasji. Nie są to żadni chałturnicy, tylko ludzie, którzy kochają to co robią. Tym nasza muzyka się broni. Jest głębsza. Nie wlatuje jednym uchem, żeby drugim zaraz wylecieć. Mam nadzieję, że jeśli ktoś kupi moją płytę, to puści ją sobie dziś, jutro, pojutrze, za rok czy za dziesięć lat.

Co by pan powiedział na zarzut, że „I Love The Blues” to płyta poprawna, nagrana przez doświadczonych muzyków, lecz brakuje jest szaleństwa, spontaniczności, że sprawia wrażenie nadto wykalkulowanej?

Jeszcze się taki nie urodził, żeby stworzył takie arcydzieło, które by dogodziło każdemu. Proponuję wszystkim krytykom, żeby spróbowali coś zagrać i posłuchamy co oni mają do powiedzenia. Powiem tylko tyle - do płyty „I Love The Blues” przygotowywałem się 40 lat, a robiłem płytę w studio ponad pół roku. Z przekonaniem, z duszą, z szaleństwem totalnym – tam są w zasadzie same szaleństwa! Jeśli ktoś tego nie czuję, to znaczy, że jego wrażliwość już za bardzo została stłamszona przez tą medialną papkę. Każdy wrażliwy człowiek poczuje tam prawdę. Wystarczy spojrzeć na proces powstawania – bez wielkiego budżetu, bez wielkich wytwórni, bez biznesu, bez księgowych, czysta muzyka, sami artyści. Jeśli ktoś tego nie czuje, cóż ja mogę na to poradzić? Ja jestem ostatnim człowiekiem, który by krytykował czyjąś pracę, bo wiem ile wymaga to determinacji i zaangażowania. Bardzo łatwo jest wydać osąd, że to jest takie, a tamto takie. To robią ludzie płytcy.

Jakie plany na następne nagrania?

Ja mam sporo materiału już nagranego. Różne utwory, na przykład z lat 60., z których muzyka mnie prawdziwie fascynuje. Chciałbym zrobić płytę z utworami, które mną wstrząsnęły w tych właśnie latach. Jeśli Burdon się wykręci, to przecież jest Bill Neal, który jest niezwykle przekonującym wokalistą.

 

Rozmawiał: Jakub Sokołowski


Przeczytaj również

  • Wywiad z Krzysztofem Kieliszkiewiczem
  • Wywiad z Łukaszem Zagrobelcznym
  • Wywiad z Wojciechem Hoffmannem
  • Wywiad z zespołem Leash Eye
  • Wywiad z zespołem After...
  • 49294931453744704468

Sony Music

Art-Direction

4evermusic

Biodro

Electrum Records

Flower records

Famtom media

Velsoft

Gad

Jimmy Jazz

Kayax

MDT

plej

Luna

LYNX

made in poland

Magic records

Metal Mind

mjm

mymusic

Box Music

Mystic

Netsales

JRP pleban

Polskie Radio

Radio Centrum Kalisz

SP Records

Styx

v

Warner

Copyright © 2012 by Art-Direction. All Rights Reserved.
Wykonawcą serwisu MusicSerwis.com.pl jest firma
Logo firmy Velsoft